Lista ofiar sieci Biedronka, której właścicielem jest portugalski
koncern Jeronimo Martins Dystrybucja, obejmuje nie tylko pracowników,
ale również przedsiębiorców dostarczających do sklepów produkty.
Niektórzy z racji przedawnienia nie mogą już dochodzić utraconych
pieniędzy, inni wciąż się procesują.
Edward Gollent był właścicielem przedsiębiorstwa Bog-Art
produkującego artykuły chemii gospodarczej i kosmetyki. Zatrudniał od
60 do 100 osób. W 1994 roku podpisał, jak się okazało feralną w
skutkach, umowę o współpracy z Jeronimo Martins Dystrybucja (JMD). Miał
dostarczać towar do kilku sklepów Jumbo. Zakładał wieloletnią
współpracę.
- Początkowo wszystko szło dobrze. Dopiero później okazało się, w co
oni grają. Dziś myślę, że to było wyreżyserowane, prowadzono działania
obliczone na jak największe korzyści ze świadomością, że dostawca i tak
zapewne zbankrutuje i nie będzie miał siły dochodzić swoich praw. I tu
się pomylili - mówi "TS" Edward Gollent. - Kiedy czara goryczy zostaje
przelana jeden mówi: nie wygram, nie mam szans i poddaje się, a drugi
walczy. Ja należę do tych ludzi, którzy w takich sytuacjach podejmują
walkę.
Teatr uników
JMD obciążało firmę Gollenta kosztami, które nie wynikały z umowy, np.
wystawiało faktury za promocje, które się nie odbywały i nie były
przedmiotem żadnych uzgodnień. Następnie te kwoty potrącano z należnych
Bog-Art pieniędzy za towar.
Gollent: - Otrzymałem np. fakturę na
kwotę ok. 50 tys. zł za promocję pod hasłem: "Urodziny Jumbo", bez
żadnej umowy ani wcześniejszych ustaleń. Kiedy zdarzyło się to po raz
pierwszy byłem przekonany, że to pomyłka. Nikt przecież nie zakłada od
razu złej woli drugiej strony, tego, że jest oszukiwany. Kiedy
zapytałem ich o co chodzi, zaczął się teatr uników. Najpierw przez pół
roku nie było z kim rozmawiać, bo "nie ma osoby kompetentnej". Później
twierdzili, że mieli prawo do potrąceń na podstawie umowy. Jakiej
umowy? Nigdy jej nie przedstawili.
Jako dostawca nie otrzymywał zapłaty z góry za towar, tylko wystawiał
fakturę i czekał na pieniądze. Firma Bog-Art dostawała jednak na konto
tylko część należnych kwot. Początkowo kilka, a potem nawet
kilkadziesiąt tysięcy złotych regularnie traciła przez potrącenia za
pseudopromocje, które odliczało sobie JMD.
- Kumulacja tego skandalicznego procederu nastąpiła na przełomie 1999 i
2000 roku. Wtedy wystawili mi lewych faktur na ok. 600 tysięcy. Kazali
mi np. płacić za wejście do sieci sklepów, w której byłem przecież od
lat. Nazbierało się wszystkiego 1 milion 54 tys. zł - podaje Gollent. -
Połowę, czyli z odsetkami ponad 700 tys. zł, już odzyskałem na skutek
wyroków sądowych. Gdybym otrzymał chociaż połowę z tego miliona w 2000
roku, moja firma do dziś by funkcjonowała. Przedstawiciele koncernu JMD
byli przekonani, że w sądach nic nie wskóram. A ja im mówiłem, że przez
nich tracę dorobek życia i tego im nie daruję.
Mamy
w prokuraturach przyjaciół
Założył Stowarzyszenie Poszkodowanych Przez Wielkie Sieci Handlowe
"Biedronka". Praktycznie nie wychodzi z sal sądowych. Zajął się
mediacjami gospodarczymi, bo przecież z czegoś trzeba żyć. O resztę
należności wciąż walczy.
- Ich prawnicy wykazywali się niespotykaną
arogancją i poczuciem bezkarności. Przykład: kiedy radcy prawnemu JMD
Ryszardowi Manikowskiemu powiedziałem przed wejściem na salę rozpraw,
że to co wyprawiają przedstawiciele firmy to pospolite przestępstwa, ów
radca w obecności świadków odparował: "Panie Gollent, my mamy w
prokuraturach bardzo wielu przyjaciół, życzę panu powodzenia".
Gollent dotrzymywał wobec JMD nawet tych zapisów umowy, które
pozostawały niezgodne z obowiązującym prawem. Chodziło np. o tzw.
opłaty półkowe, czyli swoisty haracz pobierany za to, że produkty firmy
Bog-Art mogły znaleźć się na stoiskach sklepów należących do JMD.
- Respektowałem je i nie mam o to pretensji. Przedstawiciele JMD byli
jednak pazerni i przekroczyli wszelkie granice. Nigdy nie godziłem się
na potrącanie mi kwot za pseudopromocje.
Kiedy doszło już do starcia na ostro, przedstawiciele JMD zaczęli grać na czas.
- O co szła ta gra? Ano o to, że po dwóch latach przedawnia się
roszczenie - wyjaśnia. - Mnie akurat udało się zdążyć przed upływem
tego terminu, ale część dostawców usłyszała później: "To czego pan nie
pilnował swoich interesów? My jesteśmy tu tylko pracownikami i w tej
sytuacji nic nie jesteśmy już w stanie zrobić".
W którymś momencie prawnicy koncernu postanowili pozbawić go prawa do dochodzenia dalszych wierzytelności.
- Nagle Sąd Najwyższy orzekł, że po zakończeniu bytu spółki cywilnej
nie może ona dochodzić swoich wierzytelności. Natomiast długi powinna
spłacić. Paranoiczny układ, idealny pretekst do robienia przestępstw
gospodarczych - ocenia mecenas Lech Obara, który prowadzi sprawy
stowarzyszenia. - Poza tym bez zamknięcia działalności trzeba dalej
opłacać ZUS. Wywołaliśmy dyskusję w mediach i po odwołaniu, w styczniu
tego roku, Sąd Najwyższy zmienił zdanie w tej sprawie.
Dzięki temu Edward Gollent może dochodzić reszty wierzytelności od JMD i odszkodowania za upadek firmy.
Zapytałem przedstawicieli portugalskiego koncernu czy po kilku
przegranych procesach nie rozważają tego, by spłacić resztę zobowiązań
Edwarda Gollenta, wykazując dobrą wolę i nagłaśniając medialnie chęć
odcięcia się od starych, niedobrych praktyk. Do chwili zamknięcia
numeru nie uzyskałem odpowiedzi.
Udowodnij złą wolę
Z powodu przedawnienia swoich racji nie może już dochodzić inny
przedsiębiorca, którego JMD doprowadziła do bankructwa. Prosi o
niepodawanie nazwiska, ponieważ do dziś spłaca dług wobec swoich
kontrahentów.
- Dostarczałem do sklepów Jumbo w Poznaniu, Łodzi i
Bydgoszczy obuwie, które brałem od firm i importerów z Chin i Wietnamu.
Od dostaw potrącali sobie 5-6 tysięcy za możliwość wstawienia do ich
placówek towaru. Później całą sieć sprzedali innej firmie. Najpierw nie
miałem z kim rozmawiać, a potem, kiedy nieformalnie dostałem się do
gabinetu jednego z kierowników w Poznaniu, ten zagroził, że wezwie
ochronę i mnie wyrzuci - opowiada.
JMD od niego też brało pieniądze za pozorne promocje.
- Aby ich przestępstwa nie uległy przedawnieniu musiałbym udowodnić, że
działali w złej wierze. A jak to zrobić? - pyta retorycznie. - Brałem
towar na tzw. przedłużoną płatność. Nagle okazało się, że mam mniej
pieniędzy niż powinienem oddać moim kontrahentom. Zakładałem dłuższą
współpracę i chciałem kooperować później z siecią Biedronek, ale oni
nie raczyli mi na pisma odpowiedzieć, a rozmawiać nie chcieli i
zbankrutowałem. Teraz mam firmę remontową, bo wciąż muszę oddawać
ludziom pieniądze.
Zbankrutowali przez Biedronkę
Ofiarami JMD są też państwo Pariaszewscy. Prowadzili delikatesy w
lokalu dzierżawionym od Elektrowni Połaniec. Gdy doszło do prywatyzacji
przedsiębiorstwa zostali postawieni przed alternatywą: albo kupują halę
albo się wyprowadzają.
- Wtedy pojawił się pan z JMD, który
powiedział, że Biedronka od stycznia 1999 roku może wynająć połowę
obiektu. Wzięliśmy kredyt 840 tys. zł na zakup i wyremontowanie hali.
To były ogromne pieniądze, ale czynsz w wysokości 15 tys. zł miał iść
na spłatę kredytu - mówi Teresa Pariaszewska. - Zdecydowaliśmy się na
współpracę z Biedronką, bo mieliśmy nóż na gardle.
Obiekt rozbudowali z 900 mkw. do 1200, położyli kostkę, zrobili
parking. Nie obawiali się konkurencji ze strony Biedronki, bo ta była
wówczas dyskontem spożywczym, który sprzedawał jedynie niemarkowe
produkty w ograniczonym asortymencie. Przez pierwsze dwa lata nic się
nie działo. Któregoś dnia JMD zdjęła jednak szyld "dyskont spożywczy" i
umieściła nowy: "Biedronka - codziennie niskie ceny".
- Równocześnie zaczęli zwozić mnóstwo towaru, prowadzić tak jak my
dział mięsny i warzywny. Napisaliśmy więc pismo, że nie zgadzamy się na
rozszerzanie przez Biedronkę asortymentu, bo inna była umowa. Mieli
prowadzić dyskont - relacjonuje Teresa Pariaszewska. - Wtedy przestali
płacić nam czynsz. Przez sześć miesięcy wystawialiśmy faktury i nic. A
my podatki: VAT i dochodowy musieliśmy odprowadzać. Chcieliśmy spotkać
się z którymś z Portugalczyków-dyrektorów. W odpowiedzi usłyszeliśmy:
"Jak państwo potraficie mówić po portugalsku to proszę bardzo, a
inaczej nie mamy o czym rozmawiać".
Firmowe konta zajął Pariaszewskim urząd skarbowy, który nie chciał
przyjmować żadnego tłumaczenia. Sprawa trafiła do Sądu Okręgowego w
Poznaniu. Kwota niezapłaconych faktur z odsetkami wynosiła już ok. 200
tys. zł.
Teresa Pariaszewska: - Najpierw sędzia kazał nam udowodnić, że Jeronimo
nie płaci. To było już zaskakujące, bo to nie JMD miało wykazać się
dowodami przelewów, tylko my poświadczeniem z banku, urzędu skarbowego
i od komornika. Ich adwokat pod drzwiami sądu potrafił nam prychnąć:
"To wy jeszcze macie kasę tu przyjeżdżać?". Gdy przegraliśmy sprawę mąż
dostał wylewu. Ja też wylądowałam w szpitalu po utracie przytomności.
Argumentacja sądu była pokrętna.
Mecenas Obara: - Biedronka przestała być dyskontem, co stanowiło
poważne naruszenie umowy i dawało podstawę państwu Pariaszewskim do jej
rozwiązania. Za dalsze bezumowne korzystanie z obiektu przez Biedronkę
Pariaszewscy nie mogli już wystawiać faktur, jedynie noty obciążające.
Natomiast chytry paragraf w umowie przewidywał, że JMD płaci tylko
wtedy, gdy dostaje fakturę. Sędzia uznał w związku z tym, że JMD mogła
przestać płacić. A pamiętajmy, że mamy do czynienia z największą siecią
handlową w Polsce obsługiwaną przez największą kancelarię prawniczą w
kraju: Sołtysiński-Kawecki-Szlęzak.
Pariaszewscy chcieli złożyć apelację, ale zażądano od nich wpisowego w
wysokości 24 tys. zł. Zwrócili się o zwolnienie z opłaty.
- Sąd odpisał, że podejmując działalność, powinniśmy być przygotowani
na różne sytuacje i mieć odłożone pieniądze na apelacje. A byliśmy bez
grosza. Nasz dług wobec skarbówki i ZUS-u wraz z odsetkami wynosił już
200 tys. zł - mówi Teresa Pariaszewska. - Wszystko nam się waliło,
można było osiwieć. Jak Biedronka zaczęła prowadzić normalną sprzedaż,
nasz obrót spadł z ok. 350 tysięcy do 120-150 tys. Tyraliśmy jak woły,
pracujące u nas dziewczyny zgodziły się na obniżenie pensji. Kredyt
kredytem pokrywaliśmy z nadzieją, że z Jeronimo w końcu wygramy.
Sprawa czeka na rozpatrzenie przez Trybunał Sprawiedliwości w
Strasburgu. W sądzie karnym toczy się także proces wytoczony przez
stowarzyszenie zarządowi JMD. Chodzi o ogłoszenia prasowe opłacone
przez JMD, w których znalazły się sformułowania typu: "Apelujemy o
rozsądek do wszystkich osób, które zaufały stowarzyszeniu i dały się
wciągnąć w postępowania (...), które są prowadzone de facto w interesie
osób kierujących tą organizacją".
Gollent: - To skandal! Pomagamy jedynie ludziom, którym JMD jest winne
potężne pieniądze. Biedronka ma cały pasztet na własne życzenie.
Zamiast szukać porozumienia postanowiła je spacyfikować i wytoczyła
przeciw nam najcięższe działa.
W sprawie Biedronki trwa ogólnopolskie dochodzenie nadzorowane przez
Prokuraturę Krajową. Jak informuje prokurator Maciej Florkiewicz, akty
oskarżenia skierowano już wobec 27 osób, a skazano - 10.
|