<< powrót


Poszkodowani przez Biedronkę w sądowej sieci

Prezes Stowarzyszenia Poszkodowanych przez Biedronkę dostał wezwania do 35 sądów w Polsce, np. w ubiegłą środę o godz. 11.15 miał być w Chełmie, pół godziny później w Raciborzu, a za godzinę w Bydgoszczy.

Wczoraj w Warszawie miał się zacząć proces, w którym Stowarzyszenie Poszkodowanych przez Biedronkę jest skarżone o zniesławienie przez właściciela supermarketów firmę Jeronimo Martins Dystrybucja. Chodzi o zwrot "układ poznańsko-nieformalnych więzi między organami prokuratury i zarządami JMD, czego efektem jest nieudolność i przedłużanie się postępowań karnych", którego stowarzyszenie użyło w liście do ministra Zbigniewa Ziobro. JMD domaga się przeprosin i 50 tys. zł na PCK.

Sprawa się wczoraj nie zaczęła, stowarzyszenie walczy bowiem o zwolnienie z kosztów i pełnomocnika z urzędu. - Musiałem pożyczyć samochód i pieniądze na benzynę, żeby tu przyjechać - mówił wczoraj na rozprawie Edward Gollent, prezes stowarzyszenia. I dalej podniesionym głosem pod adresem pełnomocnika JMD: - Wykorzystywana jest największa kancelaria prawna, żeby gnębić maluczkich!

O co chodzi? Gollent przedstawił listę sądów, do których był w maju i czerwcu wzywany: Lębork, Chełm, Szubnin, Inowrocław, Świecie, Ostrowiec Świętokrzyski itd. Czasami miał się stawić w różnych miastach w odstępie kilkudziesięciu minut. - Czuję się zaszczuty. Jestem atakowany przez firmę Jeronimo Martins Dystrybucja za to, że mam czelność mówić prawdę - mówił wczoraj Gollent.

Co na to JMD? - To efekt powołania przez pana Gollenta w procesie w Lublinie 80 świadków, byłych pracowników. Sądy w Polsce przesłuchują ich w drodze pomocy prawnej. Ja jeżdżę na te przesłuchania, pan Gollent nie stawił się ani razu - mówi mec. Dariusz Skuza, pełnomocnik JMD.

Edward Gollent przyznaje, że nie reaguje na wezwania. - Nie stać mnie. Sąd w Lublinie odebrał nam prawo do pełnomocnika z urzędu. Prawnicy, którzy nam pomagają, pismo mogą mi wieczorem napisać, ale za te podróże nikt im nie zapłaci. A przecież powinienem wiedzieć, co się tam dzieje, bo mam prawo do uczciwego procesu - tłumaczy. I chce, by ostatnią sprawę z Warszawy przeniesiono do Olsztyna, gdzie mieszka. Ale i na to pełnomocnik JMD się nie godzi.


Bogdan Wróblewski