Protesty pracowników hipermarketówZwiązkowcy z "Solidarności" i OPZZ przyjadą o 14.30 na pikietę przed warszawskim Géantem na Ursynowie m.in. z Katowic, Krakowa, Bydgoszczy i Łodzi. Będą rozdawać ulotki, apelować do klientów, aby nie robili zakupów 11 listopada, a właścicieli sklepów prosić, by je zamknęli. Ale Géant jest nieugięty. Związkowcom odpowiedział jasno: Walka o zdobycie części rynku jest bardzo ciężka, nie możemy pozwolić naszym konkurentom nas zdystansować. Być może jednak już niedługo wszystkie sklepy w niedziele i święta będą zamknięte. Apel o ograniczenie ich pracy w te dni zgłosiła na początku listopada mazowiecka, opolska i świętokrzyska "Solidarność". Związkowcy o taki zakaz walczą już od wielu lat. - Czujemy, że tym razem się uda - zaciera ręce Waldemar Dubliński, koordynator akcji z mazowieckiej "Solidarności". Ma podstawy do takiej wiary, bo postulaty związków popiera PiS. Od kilku dni ze strony ugrupowania braci Kaczyńskich lecą gromy na hipermarkety. Nowo mianowana minister finansów Teresa Lubińska powiedziała nawet, że duże sklepy nie są mile widziane w Polsce. Poparł ją premier. PiS zapowiada, że chce w ogóle ograniczyć otwieranie hipermarketów. Planuje w tym celu specjalną ustawę. Wszystko po to, aby chronić drobnych polskich przedsiębiorców. Ale czy sklepikarze potrzebują takiej ochrony? - Tak! - twierdzą sami zainteresowani. - Nie - ripostują specjaliści od handlu. Zdaniem tych ostatnich tradycyjny handel trzyma się w kraju mocno, bo Polacy nie oszaleli na punkcie hipermarketów. Zakupy wyłącznie tam robi tylko co trzeci Polak. Dla porównania - tylko w takich sklepach kupuje co drugi Węgier oraz trzy czwarte Czechów i Słowaków. Zdaniem specjalistów prawdziwym zagrożeniem dla drobnego handlu są sklepy dyskontowe, typu Lidl czy Biedronka, które odbierają im nawet połowę klientów.
Aleksandra Krzyżaniak-Gumowska, Piotr Miączyński, vad 09-11-2005 |