<< powrót
Sieć kontra producent - czas na rozejm
- Ta firma przetrwała dwa systemy totalitarne. Po prostu robiliśmy to, na czym znaliśmy się najlepiej - piekliśmy chleb. Teraz firma jest na skraju bankructwa - opowiada Andrzej Piechowiak, właściciel Wytwórni Pumperniklu Adama i do niedawna jeden z dostawców sieci Carrefour. Przedstawiamy historię, która może zmienić punkt widzenia każdej ze stron: i producenta, i sieci handlowej
Zawsze można się dogadać - mówi Edward Gollent, prezes Stowarzyszenia Poszkodowanych przez Wielkie Sieci Handlowe, pierwszy producent, który skutecznie przeciwstawił się Biedronce. (..) Wyrok sądu bardzo rzadko satysfakcjonuje wszystkich zainteresow |
Zaczęło się zupełnie normalnie. - Jakieś dziesięć lat temu podpisałem pierwszą umowę - opowiada Andrzej Piechowiak. - Można było spokojnie zarabiać i się rozwijać. Z biegiem lat Carrefour zaczął wymuszać coraz większe opłaty półkowe i standardy współpracy. Musiałem kupić nowe maszyny, by dostosować się do ich wymagań. Było ciężko, ale można to było sobie jakoś wytłumaczyć.
Listy donikąd
W końcu wszyscy płacą, mało kto stosuje się też do ustawy o 30-dniowym terminie płatności. U mnie np. był on wydłużony nawet do 55 dni. Jakoś jednak udawało się to ciągnąć, bo dzięki wieloletniej współpracy z dostawcami mogłem się dogadywać w kwestii płatności. Wpisywałem po prostu w biznesplan 55 dni i trzeba sobie było jakoś radzić. I radziłem sobie do momentu, gdy po tych umownych 55 dniach należności przestały spływać. Tłumaczenia były różne. Że zaginęła faktura, że moja faktura miała błędy. OK. Poprawiałem i wysyłałem drugą. Raz, drugi. Jednak gdy w dniu, w którym upływał termin płatności, dostałem informację, że zaginęło tych faktur z dziesięć, zacząłem być podejrzliwy. To chyba nie dziwne. Adres się nie zmienił, nazwa odbiorcy też nie, ludzie na poczcie ci sami, więc - pytałem - co się tam dzieje, skoro coraz mniej listów dochodzi? Usłyszałem potem wiele podobnych historii o innych producentach, dostawcach do innych sieci, że takie rzeczy nie dzieją się przypadkiem, że dzięki takim manewrom koncerny handlowe mogą kilka razy obrócić gotówką producenta, zanim mu zapłacą za towar. Na początku myślałem: "trudno, są więksi, mają prawo, w końcu przecież zapłacą". No właśnie - jeśli w ogóle zapłacą. Zdarzył się bowiem wypadek, który zupełnie wyprowadził mnie z równowagi.
Wypadek przy pracy?
Otóż otrzymałem wynagrodzenie za towar, ale została potrącona opłata za otwarcie trzech nowych hipermarketów. Problem w tym, że ja tam towaru nie wysyłałem. Dlaczego zatem mam płacić za otwarcie sklepów, których nie zatowarowałem i na pewno nie będę zatowarowywał? Odpowiedzi nie dostałem. Pętla finansowa zaciskała się coraz bardziej, aż w końcu dostałem pismo z elektrowni, że jak nie zapłacę, to odetną mi prąd. Żarty się skończyły. Pojechałem do centrali, chcąc wyjaśnić całą sprawę, ale natrafiłem na handlowców, których pierwszy raz na oczy widziałem i... Nic. Ściana. "Oni nic nie wiedzą, nie byli przy poprzedniej umowie.". Czułem, że to już koniec. Kwota należności po stronie Carrefoura urosła do takich rozmiarów, że nie było już szansy na normalną rozmowę. By uratować firmę, muszę mieć pieniądze od razu. Nikt tego nie rozumiał. Postanowiłem pójść do sądu.
Ostatnia deska ratunku
Zanim to jednak nastąpiło, usłyszałem o Stowarzyszeniu Poszkodowanych przez Wielkie Sieci Handlowe, które założył Edward Gollent. Udało mi się z nim skontaktować, a ten - ku mojemu zdziwieniu - zamiast zagrzewać mnie do walki w sądzie zaczął namawiać do mediacji. Poruszył niebo i ziemię i udało mu się dotrzeć do dyrektora handlowego Carrefoura, pana Thierry'ego Etchemendigary. Spotkanie, w którym uczestniczył pan Gollent, nie miało już takiego charakteru jak poprzednie. Rozmawialiśmy rzeczowo i powiem szczerze, pierwszy raz od wielu miesięcy poczułem, że po drugiej stronie też są ludzie i można się naprawdę dogadać. Ustaliliśmy warunki wstępne i sposób rozliczenia. Miałem przygotować ramy nowej umowy o współpracy. Teraz czekam na odpowiedź Carrefoura. Naprawdę mam nadzieję.
Spisał: Grzegorz Kiciński
Od redaktora:
Rozmawiałem z dyrektorem handlowym Carrefoura dwa razy. Za pierwszym razem Thierry Etchemendigary potwierdził, że do spotkania doszło i że czeka na propozycje Andrzeja Piechowiaka. W dzień zamknięcia tego numeru zadzwoniłem jeszcze raz. Wiedziałem już, że Piechowiak przesłał umowę. - "Pracujemy nad nią. Być może w tygodniu przed Bożym Ciałem damy odpowiedź. Nie mogę w tej chwili komentować tej sprawy" - uciął krótko przedstawiciel Carrefoura. Mam nadzieję, że odpowiedź pozytywnie wszystkich zaskoczy. Byłby to sygnał dla całego rynku, że naprawdę po obu stronach negocjacyjnego stołu siedzą ludzie, a problemy zaczynają się dopiero wtedy, gdy obie strony nie chcą już ze sobą rozmawiać
Zawsze można się dogadać - mówi Edward Gollent, prezes Stowarzyszenia Poszkodowanych przez Wielkie Sieci Handlowe, pierwszy producent, który skutecznie przeciwstawił się Biedronce. - W Stanach Zjednoczonych niezależnie od wielkości sprawy sędzia namawia do mediacji aż do końca. Nawet gdy on sam zna już wyrok, zamyka go w sejfie i czeka do ostatniej chwili, aby obie strony miały jak najwięcej czasu, by dojść do porozumienia. Wyrok sądu bardzo rzadko satysfakcjonuje wszystkich zainteresowanych, a już na pewno pali między nimi mosty. Mediacja natomiast pozostawia zawsze jakąś furtkę. Między dostawcą a siecią handlową zawsze będzie iskrzyć. Warto jednak - jestem tego ogromnym zwolennikiem - wszystkimi siłami dążyć do pojednania. Mitem jest, że sieciom handlowym nie zależy na producentach. Nawet jeśli w niektórych tego typu organizacjach zdarzają się zachowania karygodne - sam przecież tego doświadczyłem - wierzę, że nie jest to obraz całego handlu w Polsce. W ogólnym rozrachunku żadnej ze stron nie opłaca się, gdy rozmowy handlowe wyglądają jak boks wagi ciężkiej. Jeśli producent traci rynek zbytu, nie może się rozwijać, natomiast sieć, która często zmienia dostawców, zaczyna mieć kłopoty z lojalnością swoich własnych klientów. I koło się zamyka.
www.zyciehandlowe.com.pl
|