Biedronka znowu w sądziePełnomocnik właściciela Biedronki do świadka: - Pracowałyście po godzinach, bo chciałyście pokazać się z jak najlepszej strony? Była kasjerka: - Nie. Byłyśmy do tego zmuszane. Gdy chciałyśmy przedstawić ewidencję czasu pracy z ujętymi nadgodzinami, to trafiała do śmietnika W Gdańsku ruszył w poniedziałek kolejny proces o drastyczne łamanie praw pracowniczych przez spółkę Jeronimo Martins Dystrybucja (JMD) - właściciela sieci sklepów Biedronka. Hanna Leczkowska w latach 2002 i 2003 była zastępcą kierownika gdańskiego sklepu przy ul. Grunwaldzkiej. Teraz przed Sądem Pracy domaga się od JMD zapłaty 25 tys. zł za 1,5 tys. nadgodzin. - Pracowałam jak wół po kilkanaście godzin na dobę. Robiłam wszystko: wystawiałam faktury, sprzątałam, rozkładałam towar i siadałam przy kasie. Były dni, że nie wychodziłam ze sklepu przez 20 godzin, ale za pracę po godzinach mi nie zapłacono - opowiada powódka. Potwierdziły to wezwane na rozprawę jej byłe współpracownice: - Nie było możliwe wykonanie wszystkich obowiązków w normalnym czasie. To był zorganizowany system wyzysku - mówiła Iwona Taraszkiewicz (przez trzy lata była w Biedronce kasjerką). - A może chodziło o rywalizację? Może pracownicy konkurowali ze sobą, bo chcieli pokazać się z jak najlepszej strony? - zapytał pełnomocnik JMD. - To nie wynikało z tego, że chcieliśmy się wykazać. My byliśmy zmuszani do niewolniczej pracy! - odpowiedziała kobieta. - Gdy przedstawiało się ewidencję czasu pracy z ujętymi nadgodzinami, to była darta i wyrzucana do kosza. Takie było polecenie kierowniczki rejonu. Taraszkiewicz zeznała też, że w sklepie nie było elektrycznych wózków i sprzedawczynie musiały same nosić towary. - To były setki kilogramów. Mam przez to chory kręgosłup. Ale co się dziwić, skoro brakowało nawet mopów i - wstyd to powiedzieć - podłogę myłyśmy starymi szmatami.
Grzegorz Szaro, Gdańsk 07-11-2005 |