|
<< powrót
Nowy fortel na Biedronkę
Czy olsztyńscy prawnicy znaleźli sposób na wypłacenie byłym pracownikom sieci "Biedronka" pieniędzy za przedawnione nadgodziny? Gdzie leży haczyk - w tym, że sprawa jest ważna społecznie.
Wioletta Tulska i Krzysztof Bażyński od półtora roku sądzili się z właścicielem sieci sklepów Biedronka o zapłatę za nadgodziny. Oboje pracowali w olsztyńskich sklepach sieci, zwolnili się, bo nie byli w stanie sprostać oczekiwaniom pracodawcy - nie wytrzymywali nie tylko dźwigania ton towarów, ale też tego, że czuli się jak niewolnicy, bo nie mogli liczyć na urlop i zapłatę za nadgodziny. Gdy odeszli z Biedronki, ośmieleni pozwami składanymi przez kolegów z innych miast, założyli w olsztyńskim sądzie pracy sprawę o zapłatę 50 tys. zł za pracę w nadgodzinach od czasu zatrudnienia w 1998 roku do zwolnienia w 2003. Niestety, prawo pracy mówi, że pracownik może dociekać w sądzie zapłaty za nadgodziny z trzech ostatnich lat. Reszta ulega przedawnieniu. Dla Tulskiej i Bażyńskiego oznacza to wypłatę nie 50 tys. zł, a nieco ponad 10 tys. zł.
Proces, jaki byli pracownicy olsztyńskich Biedronek wytoczyli Jeronimo Martins, toczy się jednak nietypowo, bo oprócz radcy prawnego Lecha Obary, pomaga im prokurator Ewa Oliwa. Wczoraj w mowie podsumowującej prokurator zaapelowała do sądu, by rozważył, czy w tej sprawie można zastosować artykuł prawa pracy mówiący o tym, że w szczególnych, ważnych społecznie sprawach przedawnienie nie ma zastosowania. - To pozwoliłoby na zapłatę byłym pracownikom Biedronki większych pieniędzy - tłumaczyła dziennikarzom prokurator. O to samo poprosił sąd także mecenas Obara. - Moim zdaniem w sieci sklepów Biedronka z premedytacją łamano prawa pracowników, a to jest przestępstwo. W takim przypadku przedawnienie następuje nie po trzech latach, ale po dziesięciu - przekonywał sąd Obara.
Argumentem, za tym, że Jeronimo z premedytacją wykorzystywało pracowników "Biedronki" zdaniem Obary jest prowadzone na polecenie prokuratury krajowej śledztwo, które bada, czy w sieci "uporczywie nie naruszano praw pracowniczych". - W wielu miastach w Polsce, m.in. Białymstoku, są już wyroki skazujące za to kierowników sklepów. A takich spraw jest więcej. To moim zdaniem świadczy o tym, że sprawę można rozptrywać w szerokim kontekście społecznym - tłumaczył prawnik.
Nikt z przedstawicieli Jeronimo Martins nie przyszedł wczoraj do sądu.
Wioletta Tulska i Krzysztof Bażyński liczą się jednak z tym, że nieprędko dostaną jakiekolwiek pieniądze. - Jeśli wyrok będzie korzystny dla nas, na pewno będzie apelować Jeronimo, jeśli my przegramy, to złożymy apelację - nie kryli.
Sąd nad wyrokiem będzie się zastanawiał dwa tygodnie.
|