<< powrót


Policzanka kontra Biedronka

Renty i odszkodowania domaga się od sieci Jeronimo Martins Dystrybucja była pracownica sklepu Biedronka z Polic. Uważa, że właśnie przez tę pracę jest inwalidką o kulach.

45-letnia Marlena Tubacka w Biedronce w Policach pracowała w latach 1997-2002. Jako kasjerka, zastępca, a w końcu kierowniczka. - O pracę było ciężko, a ja mam troje dzieci. Gdy ją dostałam, myślałam, że pana Boga za nogi złapałam. Dziś mam orzeczoną całkowitą niezdolność do pracy, niepełnosprawność w stopniu znacznym, chory kręgosłup - mówi.

Twierdzi, że pierwszym sygnałem kłopotów był wypadek, gdy podczas dźwigania kartonów uszkodziła ścięgna w ręce. - Po zdjęciu gipsu ręka ciągle była niesprawna, chudła - wspomina. - Okazało się, że przyczyna jest poważniejsza, mam przepuklinę w kręgosłupie. Wróciłam na 1,5 roku do pracy, ale cierpiałam. W 2001 r. przeszłam pierwszą operację. Byłam pół roku na zwolnieniu i dziesięć miesięcy na świadczeniu rehabilitacyjnym, a później dostałam rentę.

W 2005 r. zdecydowała, że idzie do sądu. Domaga się 40 tys. zł zadośćuczynienia, 3 tys. zł odszkodowania i renty 700 zł miesięcznie. W czwartek w Rejonowym Sądzie Pracy i Ubezpieczeń Społecznych w Szczecinie zeznawała Jolanta S., była kierowniczka sklepu. Mówiła, że załogę stanowiło osiem osób (tylko jeden mężczyzna). Nawet kasjerki musiały rozładowywać przywożony towar. - Co drugi dzień, średnio 12-13 palet, każda około tony - opowiadała. - Jak było trzeba, to i kierownik wyładowywał. Przeważnie robiła to jedna osoba, czasem dwie. Najgorzej było w dzień po wypłacie. W sklepie pełno ludzi, denerwują się, potrzebne trzy kasy, a tu przywożą towar.

Jolanta S. pamiętała, że Tubackiej "strzeliła ręka" przy rozładowywaniu kartonów z margaryną. - Szefowie rejonów wiedzieli, jak pracujemy. Mówili, że jak się nie podoba, to 20 innych czeka na to miejsce. Najlepiej było pracować 24 godziny na dobę i nie chorować. Chodziłam z grypą, gorączką - opowiadała Jolanta S.

Sędzia Monika Miller-Młyńska zapytała więc, czy pracodawca wyciągnął konsekwencje wobec jakiejś osoby, która wróciła ze zwolnienia. Świadek jednak nie pamiętała takiej sytuacji.

Pełnomocnik JMD, radca z Grudziądza, zażądał wczoraj przed sądem, by dziennikarze nie tylko nie zamieszczali jego zdjęcia, nie ujawniali nazwiska, ale nawet nie podawali imienia z pierwszą literą nazwiska. Jolantę S. pytał o "Podręcznik kierownika sklepu" oraz "Wykaz prac wzbronionych kobietom". Ale nie pamiętała treści tych dokumentów. Zdaniem sieci JMD dzisiejszy stan zdrowia Tubackiej nie ma związku z urazem ręki.

Agnieszka Kędzierska, pełnomocnik Tubackiej, wnioskowała, by biegli: medycyny pracy i neurolog, wypowiedzieli się na temat wpływu takiej pracy na zdrowie. Następna rozprawa w lutym 2007 r.


Monika Adamowska