<< powrót


Trójka przeciwko Biedronce

Od 2 do 7 tys. złotych odszkodowania żąda trzech byłych pracowników Biedronki przy ul. Sobieskiego od Jeronimo Martins, właściciela sklepu. Twierdzą, że firma nie płaciła im nadgodzin.

Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / AG
Niewielka sala na czwartym piętrze bydgoskiego Sądu Pracy pękała we wtorek w szwach. Powód? Pierwszy w Polsce łączony proces byłych pracowników Biedronki. Adam Kaptur i Andrzej Cichocki domagają się od JM po 7 tys. zł odszkodowania, Agnieszka Szmagaj walczy o 2 tys. zł. Wszystkich za darmo reprezentuje mec. Michał Rościszewski (akurat wczoraj zastępował go mec. Bartosz Sadowski - przyp. red.).

Pierwszym świadkiem w procesie była Barbara Karpińska. Liderka bydgoskiego oddziału Stowarzyszenia Poszkodowanych przez Wielkie Sieci "Biedronka" na tej samej sali wywalczyła w lutym 3,5 tys. zł odszkodowania - również za niewypłacone przez JM nadgodziny. Wówczas zeznawanie przed sądem było dla niej sporym problemem - łatwo się denerwowała, przywoływanie wspomnień z czasów pracy w dyskoncie sprawiało, że w jej oczach pojawiały się łzy. Wczoraj było zupełnie inaczej. Karpińska mówiła pewnie i składnie. - Pracowałam w Biedronce przy ul. Sobieskiego i wiem, co tam się działo. Jak przychodziłam na godz. 6.30, to wychodziłam o 17. Jak przychodziłam na 13.30, to często siedziałam w sklepie do 22.30. Nigdy nie dostałam złotówki za nadgodziny. Bałam się nawet prosić, bo od razu by mnie zwolniono - opowiadała.

Drugi świadek, Joanna Frejliszek, zeznawała w bardzo podobnym tonie. - Kiedy szłam do kierownika z jakimiś pretensjami, to słyszałam, że na moje miejsce jest dziesięciu chętnych - mówiła.

Pełnomocnik JM Sławomir Czacharowski nie ukrywał, że zrobi wszystko, żeby udowodnić, że Karpińska i Frejliszek kłamią. - Wszystkie nadgodziny, które należały się pracownikom, były ewidencjonowane i zostały wypłacone - oświadczył.

Kolejna, prawdopodobnie całodniowa rozprawa, odbędzie się za dwa miesiące.


Grzegorz Szaro, Gdańsk 20.09 2005